Baśń o mnichu

BAŚŃ O MNICHU W bartodziejskim dworze – straszy. Dziedzic? Mnich czy dworski skarbnik?W czarnym płaszczu i w kapturzewspina się po dworskim murzeby zanim północ wybijesiąść wygodnie przy kominiei rozpalić pod nim ogień.Gdy ostatni zgaśnie płomieńprzejrzeć hole i salony, przejść przez sienie i balkonyzejść na chwilę do piwnicyi … w parkowej zniknąć ciszy.Dziedzic? Mnich czy dworski … Czytaj dalej

Baśń o maciejce

BAŚŃ O MACIEJCE Słyszeliście o lewkonii, o jej czarodziejskiej woni, co upaja i zachwyca? Niejednego już panicza swym zapachem omamiła, zwiodła i otumaniła, że w małżeńskie trafił sidła. I niejedna też dziewica jej zapachem uwiedziona wzięła chłopca w swe ramiona. Od Radomia cztery mile, może pięć, a może bliżej, lata temu mieszkał dziedzic. Miał on … Czytaj dalej

Baśń o białej damie

BAŚŃ O  BIAŁEJ  DAMIE Pod Kowalą, na folwarku (dziś już nie ma po nim śladu), cztery wiorsty od Radomia kowal żył na ośmiu morgach. Pracy miał on co niemiara. W polu i w kuchni. Przy garnkach. Nawet w sadzie i w ogrodzie. Wszędzie sam. Od rana, co dzień. Pracowity, silny, zdrowy nie mógł sobie znaleźć … Czytaj dalej

Baśń o kruku i sośnie (PSP Myśliszewice)

Z Myśliszewic do Groszowicniedaleko. Kwadrans drogi,może mniej, a może więcej.Pieszo dłużej, końmi prędzej.Przy tej drodze w dawnych czasachdługo rosła sosna czarna.Kruk miał na niej swoje gniazdo.Sosnę jednak wyrąbano.Były o tym różne baśnie.Ta przetrwała. Posłuchajcie. W Groszowicach na koloniimieszkał wdowiec bogobojny.Z córką mieszkał, piękną panną,jedynaczką ukochaną.Śnił on dla niej królewicza,księcia choćby czy dziedzica,nie żadnego chłopca ze … Czytaj dalej

Baśń o żołędziu

W Bartodziejach, w starym lesie,zima, wiosna, lato, jesień,rok w rok, zawsze takie same.Kiedyś jednak stał tam zamek.Obok zamku dąb rósł wielki.Pień, konary, las gałęzi – niczym z obrazów Szyszkina.Z liści Bartka przypominał. Dąb ten służył całe wieki: był drapaczem chmur dla dzieci,skrytką był, kryjówką, dachem, parasolem, drogowskazem,noclegownią był dla ptakówi stołówką dla warchlaków. Skąd tam … Czytaj dalej

Baśń o Eulalii

W mym ogrodzie niczym w baśni.Z różą dyskutuje jaśmin,z czarną sosną jarzębina,z trawą bez i koniczyna. Słychać krety i nornice,żuki, skorki i dżdżownice.Gołąb czasem coś zagruchalub przewinie się jaszczurka.Debatuje z  mchem pokrzywa.Konferują  w głos warzywa.Kwiaty szepcą o urodzie,ryby zaś o czystej wodzie.Zioła, trzciny i tatarakrozmawiają o komarach…Więc  ja także w wolnej chwililubię pogaworzyć  z nimi.Są … Czytaj dalej

Baśń o królu Filipie

basnofilipie/basnofilipie2.jpg

Wielki kamień leżał w wodzie.
Skąd tam wziął się? Mówią ludzie,
że to król zaczarowany,
w nimfie wodnej zakochany.

Nazywali go Filipem
(imię tutaj pospolite).
Król był piękny i bogaty.
Nosił też wytworne szaty
i koronę z brylantami.
Latem jeździł karetami.
Zimą cztery białe konie,
zaprzęgnięte w złote sanie,
niosły go po białym śniegu.
Ciągle jeździł. Szukał czegoś.

Szukał sobie narzeczonej,
panny pięknej, ułożonej,
która by go pokochała.
Jemu serce swe oddała.

Dniem i nocą myślał o niej.
Aż raz chcąc napoić konie
nad jeziorem się zatrzymał
w miejscu, gdzie wysoka trzcina
nenufary zasłaniała
(żółte róże). Ukrywała
także piękne lilie białe,
co się w lustrze przeglądały
i niebieskie niezabudki.
Król zatrzymał się na krótko.
Zręcznie powyprzęgał konie
i trzymając cugle w dłoniach
poprowadził je nad wodę.
Nagle…skądś powiało chłodem.
Król, jak gracz z karetą króli
pod wrażeniem wielkiej puli,
wstrzymał oddech. Wkoło spokój.
Żadnych głosów, żadnych kroków,
tylko wiatr coś cicho szumiał,
ale król go nie rozumiał.

Poszedł dalej. Konie przodem
przecierały szlak nad wodę.
Przeszedł przez wysoką trzcinę.
Nagle ujrzał cud – dziewczynę.
Na liliowym liściu stała.
Serce króla oniemiało.

Słońce w chmury się schowało.
Niebo mocno pociemniało.
Zawirował wiatr na wodzie
niczym łyżwiarz, co na lodzie
kręci swoje piruety.
Zebrał rozrzucone kwiaty
i schował się w liście trzciny.

Król usłyszał głos dziewczyny:
do-wi-dze-nia do-wi-dze-nia,
ale po niej nawet cienia
nie zobaczył. Szarpnął konie
i trzymając cugle w dłoniach
prędko wrócił do karety.

Chciał odnaleźć tę kobietę.
Pędził konie do wieczora.
Wszędzie szukał – wzdłuż jeziora,
z każdej strony, z tyłu, z przodu.
Nie odnalazł nawet śladu…

Przyszedł czas na odpoczynek.
On wciąż myślał o dziewczynie.
Miał ją ciągle przed oczami.
Nie mógł zasnąć. Za oknami
gwiazdy oświetlały niebo.
Księżyc niby szukał czegoś,
między nimi spacerował.
Nie powiedział ani słowa,
gdzie dziewczyna się ukryła.
I pokrzywa nie zdradziła,
która w okno zaglądała.
Nawet sowa przemądrzała
nic powiedzieć mu nie chciała.
Ćma o pannie nie słyszała.

Noc minęła. Przyszedł ranek.
Król po nocy nieprzespanej,
(tylko ręką przetarł oczy),
szybko do karety wskoczył
i popędził do jeziora.

Szukał miejsca, gdzie mu wczoraj
ukazała się dziewczyna…
Wszędzie trzcina… tylko trzcina.

Wzdłuż jeziora dookoła
wypatrywał, głośno wołał.
Serce z żalu rozpaczało.

Nagle… chłodem znów powiało.
Coś zaszeleściło w trzcinie.
Ptactwo dzikie, czy odyniec?
Król zatrzymał szybko konie.
Może tędy droga do niej?

Zszedł z karety. Słońce z góry,
przeciskając się przez chmury,
przeglądało się w jeziorze.
Liście lilii, jak talerze
rozstawione na obrusie,
słodko uśmiechały mu się.
Coś mruczała cicho trzcina.
Król na chwilę się zatrzymał.
Dookoła żywej duszy.

Serce w tak głębokiej ciszy
głośniej brzmi niż dzwonów bicie.
Jakże dziwne miał uczucie.
Lęk z pośpiechem się mieszały.
Myśli wciąż się prześcigały.
Wielki zamęt powstał w głowie.
Król, na co dzień mądry człowiek,

zwątpił w siebie. Co miał zrobić?
Chyba tylko się utopić.

Przeszedł trzcinę szybkim krokiem.
W lewo, w prawo rzucił wzrokiem
i zatrzymał się na brzegu.
Skok do wody nic trudnego.
Ręce złożył do pacierza.
„Pater Noster…” i znak krzyża.
Już gotowy był do skoku.

Nagle pannę ujrzał z boku.
Tę co wczoraj. Całą w bieli.
Chyba wyszła wprost z kąpieli,
bo suszyła wiatrem włosy.
Król wyszeptał coś pod nosem.
Ważył słowa, jak ją witać?
O wczorajszy dzień, czy pytać?
Jak rozmawiać o następnych?
Patrzył na nią jak zaklęty.
Chciał ją dotknąć, chciał przytulić.
Chciał z nią porozmawiać czule.
Ale nie mógł z miejsca ruszyć,
jakby kamień spadł na duszę.
Panna włosy w kok upięła,
weszła w trzcinę i zniknęła.

Tylko echo mu nieśmiało
„do widzenia” wyszeptało
i zagrała wielka cisza
koncert na bębenkach w uszach.
W oczach łzy mu zatańczyły…
Króla siły opuściły,
ledwo do karety wrócił.
Puścił konie. W sen się rzucił.

Śniła mu się piękna dama
w złote loki uczesana.
Z wonnych kwiatów miała wianek.
Zapach miały, jak poranek.
Dłoń mięciutką, jak aksamit,
ozdobioną perełkami
wyciągnęła w jego stronę.
– „Witaj, królu.” Zaskoczony ucałował dłoń madonny.
– „Szukasz sobie narzeczonej?”
Wyczytała jego myśli.

Nad jezioro razem poszli.
Trzcina drogę im zrobiła,
dywan z liści ułożyła.
W mig znaleźli się nad wodą,
gdzie spotkali „pannę młodą”,
która tak urzekła króla.
Słońce niczym złota kula
zaświeciło w lustro wody.
Czuł się przy niej jak „pan młody”.
Ona im się ukłoniła.
Do rozmowy zachęciła:
– „Czy w czymś pomóc, siostro miła?”
– „Przyszłam z królem!” I zniknęła.

Król obudził się zdziwiony.
Czyż ten sen, to klucz do żony?
Czy to było ostrzeżenie?
Zapomniawszy, że są konie,
zerwał się na równe nogi
i już był na końcu drogi,
co przed chwilą mu się śniła.
Panna ze snu już tam była.
Uśmiechnęli się do siebie.

Król się czuł jak w siódmym niebie.
Zachęcony do rozmowy
wyznać miłość był gotowy.
Już do ślubu się szykował.
Już królestwo jej oddawał.
Już wyciągnął do niej dłonie.
Nagle chłód nadleciał od niej.
Razem z nim usłyszał słowa:
– „Ten wierności mi dochowa,
który się kamieniem stanie.
Czyś jest gotów, miły panie?”
– „Co nakażesz, wszystko zrobię,
abym tylko był przy tobie,
boś jedyna, ukochana!”
Upadł przed nią na kolana:
– „W twoje ręce się oddaję.
Ty zarządzaj moim krajem.
Ja niech będę twoim sługą…”
Mówił do niej jeszcze długo.
Ona wciąż się uśmiechała
i oczami czarowała.
Gdy zakończył swe wyznanie,
poszła brzegiem, a on za nią.
Zatrzymali się wśród lilii…
Dziw się zdarzył w jednej chwili.
Panna wyciągnęła dłonie.
Król ich dotknął… 

                 …Wielki kamień
Stoi tam już kilka wieków.
Mój Kochany Czytelniku,
Chcesz go znaleźć? Zamknij oczy,
a na pewno go zobaczysz.

Czytaj dalej

Baśń o czosnku

Gwarno na radomskim zamku.
W wielkim gronie możnowładców
goście z Wilna i z Krakowa.

Będą unię pieczętować.

Sprawa widać wielkiej wagi,
bo choć mróz i po pas śniegi,
zagrożenie w każdej chwili,
wszyscy na czas się stawili.

Są biskupi, są sędziowie,
cześnik jest, wojewodowie,
jest podczaszy, dwóch starostów,
kasztelanów osiemnastu,
dwóch podstolich, jeden łowczy,
są kanclerze, podkomorzy,
jest marszałek, są ziemianie.
Rozpoczyna się zebranie.
Czyta akt – z Radomia Klemens.
„In nomine Domini amen…”

A tymczasem …

Od ratusza piękne sanie
zajechały niespodzianie.
Wysiadł z nich litewski bojar.
Podszedł do swojego konia
i coś szepnął mu do ucha.
Koń uważnie go wysłuchał,
zarżał głośno i odjechał.
Litwin jeszcze chwilę czekał,
potem zwrócił wzrok na farę
i postąpił kroków parę.
Wtem tłum ludzi go otoczył.
Zaskoczony zamknął oczy
i przepychał się na oślep.
Gawiedź napierała mocniej.
Litwin za sakiewkę chwycił,
groszy garść za siebie rzucił…
Już na próg kościoła stąpał,
nawet z głowy ściągnął kołpak,
gdy usłyszał znane rżenie.
I stanęły przed nim sanie.
Tłum znów ruszył na Litwina.
Litwin chwilę się zatrzymał,
Znowu garścią groszy sypnął
i za murem zamku … zniknął.

W dwie półchwile był za miastem.
Zatrzymawszy się pod lasem
cicho szepnął : „Chwała Bogu,
żeś mnie zabrał z tego progu”.
i ogarnął wzrokiem sanie.
Kątem oka dojrzał łanię.
Wyszła z puszczy parę kroków.
Raptem z góry wielki sokół
napadł na nią z pazurami.
Młoda łania kopytkami
opędzała się przed ptakiem.
Ale sokół swoim hakiem
zręcznie wbił się pod jej skórę
szybko wznosząc się z nią w górę…
Bojar, widząc klęskę łani,
wyjął szablę, wyszedł z sani
i wyruszył na sokoła.
Łania nagle gdzieś zniknęła.
Przetarł, przerażony, oczy,
lecz jej śladów nie zobaczył.
Poszedł dalej. Sanie za nim…
Odsuwając śnieg butami
szedł bez troski o godzinę.
Jakby czas mu się zatrzymał.
Wkoło cisza. Wkoło spokój.
Żywej duszy na widoku.
Ani z prawa, ani z lewa.
Tylko drzewa…Tylko drzewa…
Nawet słońce się ukryło.
Czyżby ono czas zmyliło?
Miał za sobą już dwie mile.
Kroczył równo… Nagle gile
spadły wprost pod jego nogi.
Żółty mniejszy. Większy drugi.
Większy skrzydła wszerz rozstawił
i czerwonym brzuszkiem wabił.
Głową kręcił, piórka stroszył,
krzyczał, darł się w niebogłosy,
śniegiem sypał, jak puch białym
i oglądał się za małym.
Mały (pewnie chciał się schować)
śnieg pod sobą zaczął kopać.
Duży jakby na to czekał.
Litwin dłużej już nie zwlekał.
Schwycił w ręce oba gile
i oświadczył: „Ptaszki miłe!
Dość już tego przedstawienia.
Znajdę coś tu do zjedzenia?!”
Biedne. Źle go zrozumiały.
– Miej waść litość – tak ćwierkały –
powiedz, jakie masz życzenie,
a spełnimy w okamgnienie.
– Chciałbym tutaj za stół zasiąść.
Mięso zjeść z gryczaną kaszą.
Właśnie z Litwy przyjechałem.
W ustach dawno nic nie miałem.
Lepiej nie żartujcie ze mną!

Zrobiło się wtedy ciemno.
Za niecałe ćwierć półchwili
już razem za stołem byli.
Bojar tuż przy palenisku…
Król z królową naprzeciwko.
A na stole? Cóż za cuda!
Prosto z rusztu sarnie uda,
jeleń w sosie jałowcowym,
dwie dzikie świnie w grzybowym.
Gęś kapustą nadziewana,
kura w czosnku zapiekana
obłożona żurawiną,
a do tego miód i wino.
Najpierw zjadał sarnie uda.
Porcja jedna, porcja druga.
Trzecią przepił łykiem miodu.
Czwarta (choć już nie czuł głodu),
piąta, szósta, siódma, ósma,
już dziewiąta była w ustach.
Na dziesiątą spojrzał dziwnie:
„Rozstrój kiszek mnie nie minie”.
Rozpiął pas ze złotą sprzączką
i zabrał się za dziesiątą…
Został jeleń, dzikie świnie,
cała kura w żurawinie,
kufel miodu nie skończony,
dzbanek z winem nie ruszony,
nadziewana gęś kapustą…
Ale zgasło palenisko.
Król od stołu wstał. Królowa
też już wyjść była gotowa…
Wielka uczta się skończyła.

Para gili też zniknęła.
A on sam na środku drogi.
Mróz narastał. Marzły nogi.
Noc zbliżała się od lasu.
Litwin, nie chcąc tracić czasu,
szybko ruszył w stronę sani.
Koń już czekał. Pojechali…
Było ciemno, zimno, głucho.
Litwin, choć wytężał ucho,
słyszał serca swego bicie…
Jechał… Nagle wilków wycie
zatrzymało jego konia.
„Teraz to już pewnie po nas” –
ogarnęło go zwątpienie.
W jednej chwili wysiadł z sani,
konia dosiadł i zawrócił…
Wkrótce odgłos wycia ucichł.
Serce się uspokoiło.
– Ale nam się poszczęściło –
czule w zad poklepał konia…
Coraz bliżej było do dnia.
Sennym okiem w niebo spojrzał.
Nad Radomiem wstała zorza,
lecz nie myślał tam zawracać.
Blisko drogi stała chata,
więc zapukał. Wszedł do środka.
Na zapiecku spała kotka.
Oprócz niej nikogo więcej.
Na fajerkach żur nie tknięty.
Posprzątane. Ciepła lepka.
– Muszę jednak tu poczekać –
siadł zmęczony po podróży.
Zapach czosnku go odurzył,
zwalił z nóg. I Litwin zasnął…

Sen go przeniósł drogą mleczną
do Krainy Szczęśliwości.
W drzwiach król Filip witał gościa:
– Witam, witam Jegomościa.
Szukasz szczęścia, czy miłości?
– Poszukuję, królu, żony.
Wszystko może dać mi ona.
– Więc jej szukaj. Szczęść ci Boże! –
Do Krainy drzwi otworzył…
Cóż to była za Kraina.
Gdzie nie spojrzał, tam dziewczyna.
I brunetki, i blondynki.
Także rude i szatynki.
Niskie, średnie i wysokie.
Jedne w lokach, inne z kokiem.
Chude, tłuste, bardzo tęgie.
Która jego żoną będzie?..
Król niejedne drzwi otwierał.
A on szukał. On przebierał,
aż przeczytał ogłoszenie:
„Kto z mą córką się ożeni,
ten dostanie piękny zamek.”
„Książę” było podpisane.
– Muszę iść do tego księcia.
On ma klucz do mego szczęścia! –
krzyknął bojar i odjechał …
Książę już na niego czekał.
Obok stała jego córka.
Ruda była jak wiewiórka.
Piegowata, nie daj Boże.
Czy o takiej bojar marzył?
– Chciałbym, książę, widzieć zamek.
Zaprowadzisz mnie tam rano?
– Oczywiście! Bardzo proszę.
Będziesz jego Pierwszym Gościem…
Noc minęła. Pojechali…
Cztery mile, może dalej,
nad ogromnym pięknym stawem
pośród drzew sosnowych zamek
w górę wspinał się wysoko.
Bojar przymknął jedno oko.
Drugim mierzył okolicę
drapiąc kciukiem potylicę.
Głową kręcił (coś cudował),
aż odezwał się w te słowa:
– Zamek nie jest w moim guście,
drogi książę. Mówiąc prościej …
Książę urwał mu w pół słowa.
Tak skończyła się rozmowa
i rozeszli się w dwie strony…
– Trudno. Będę żyć bez żony –
myślał bojar nad ruczajem.
Nagle zapachniało majem.
Nad brzeg przyszła piękna panna.
Wyglądała jak dziewanna.
Włosy – złoto. Suknia – zieleń.
Widział dziewcząt bardzo wiele,
ale takiej nie napotkał.
Jakaż cudna. Jakaż słodka.
Nabierając ręką wodę
poprawiała swą urodę.
Była chwilę. Może dłużej.
Bojar chciał się ku niej zbliżyć,
ale zanim z miejsca ruszył,
widział już oczami duszy:
wielkie szczęście, wielką miłość.
Widział przy niej swoją przyszłość.
Lecz gdy się rozejrzał wkoło,
już nie było jej nad wodą.
Jak mydlana bańka znikła.
Czyż to była wodna nimfa?..
Wstał i poszedł z biegiem rzeki.
(Każdy dzień trwał całe wieki).
W ujściu rzeki dojrzał starca.
Srebrne włosy, złota laska
były jego medalami.
Starzec stał tam sam z wędkami.
Bojar zaczął iść do niego,
lecz nie doszedł. Wiesz dlaczego?…

Sen przerwała mu dziewczyna…
Chleb, kiełbasa, dzbanek wina
i pachnący czosnkiem żurek
zatrzymały go na dłużej.
Zatrzymała też dziewczyna…
Cóż to była za rodzina.
W dzień on był na polowaniu.
Ona w domu była panią.
Zaś wieczorem przy kominku,
zażywając odpoczynku,
wspominali żur i czosnek…
Wkrótce założyli wioskę.
Dziś nazywa się Cerekiew.

Jej historię mówią wieki.
Krążą o niej także baśnie.
Ta jest baśnią ponad baśnie.
Napisałam ją swym dzieciom,
bo tam ich korzenie siedzą.
A ty, Drogi Czytelniku,
wiesz, gdzie gniazda Twych rodziców?

Czytaj dalej

Baśń o paziu

basnoopaziu/paz-2.jpg
Jak król królem, a paź paziem
były, są i będą waśnie.
Zgrzyty, spięcia, sprzeczki, swary,
tarcia, kwasy różnej miary.
I te mniejsze. I te większe.
Te bez sensu. I te z sensem...
Zdarza się, że są też  twórcze...
Waśnie... Nasze polskie kłótnie...
 
Ta zdarzyła się o zmroku
w tysiąc pięćset piątym roku.
Dobrze daty nie pamiętam.
Marzec był? Początek  kwietnia?
Wyczytałam o niej w aktach
ukrywanych w kufrze dziadka.
 
Kiedyś, w wielkiej tajemnicy,
zeszłam sama do piwnicy.
Ależ było w niej rupieci!
Nawet stary kosz na śmieci.
A za drzwiami, w rogu ściany,
pod starymi wieszakami,
stał ogromny dziadka kufer.
Otworzyłam z wielkim trudem.
Patrzę, a tam jakieś pisma.
Nos wsadziłam. Czytam., czytam...
Król zaniemógł... Z tronu spada...
Paź królowej na tron siada...
Skąd u dziadka takie pisma?
Nie myślałam ojca pytać,
tylko wszystkie przeczytałam
i w tej baśni opisałam.
 
Tamtej historycznej wiosny
Aleksander Jagiellończyk,
polski król, syn Kazimierza,
do Radomia Sejm zawezwał.
Wezwał wszystkich senatorów.
Wezwał także wszystkich posłów.
Historyków  i pisarzy
i najlepszych sekretarzy.
Przyjechali też Litwini.
Aż się chan tatarski dziwił,
widząc wkoło tyle luda
(gościem wtedy był u króla).
 
Przyniesiono  przednie wina,
miody pitne, pieczeń z dzika,
kaczki, gęsi i kiełbasy,
w cieście dynie, ananasy.
Z migdałami tort krakowski
i mazurek staropolski.
Przyjechała też kapela:
trio dudów ze Zwolenia.
Z triem bęben barabanił.
Przygrywały też mazanki...
Lecz król apetytu nie miał.
Nie pił, nie jadł, ani nie spał.
Nawet dudów słuchać nie chciał.
Martwił się o los królestwa.
 
Rozpoczęła się debata.
Każdy swoje wnioski składał:
powściągliwie, bez awantur.
W kolejności. Według stanów.
 
Arcybiskup Borzyszewski
Andrzej Róża. Także lwowski
biskup elekt - Wilczek Bernard.
Wniosek złożył też kasztelan
Jarosławski Spytek - biskup.
Za biskupem  jeszcze kilku:
biskup Tabor, biskup Marcin,
Watzenrode i Konarski.
Hetman Kiszka,  książę Gliński
i marszałek Zabrzeziński.
Potem dwaj  wojewodowie:
Kurozwęcki i  Hlebowicz.
Wojewoda ruski,  rawski,
żmudzki i inowłocławski.
Także brzeski i łęczycki,
sandomierski i kaliski.
Każdy jeden wojewoda
(także biskup) ważył słowa.
Podług kwestii głos dobierał,
udowadniał i przyrzekał.
Nawet i kasztelanowie -
sprawni w piórze, biegli w słowie -
poskładali swoje wnioski.
Wniosek złożył Jan Szamowski.
Za nim jeszcze czterech Janów,
czterech Piotrów, Stanisławów
(z Srzeńska, lwowski i z Potulic,
i radomski z Młodziejowic).
Król uważnie się  wsłuchiwał,
oczy mrużył, głową kiwał.
Gdy już wnioski  wyczerpano,
w masie uwag wymieszano,
gdy rozdarto wszystkie szaty
i  zebrano  postulaty,
ktoś obraził czyjś majestat.
Rozegrała się  "orkiestra".
Najpierw  solo -   złote słówka.
W rytm za nimi -   kwartet  uwag
z kwintą  myśli minorową.
Tuż  za nimi fuga  w słowo - 
z gładką nutą etykiety.
I  kontrapunkt -  epitety.
Zaskrzypiały ławy,  krzesła.
Nawet stół okrągły trzeszczał.
Nagle ktoś za szablę chwycił.
Ktoś zaprzysiągł się na życie.
- Na mój honor, prochy dziada!
  Nie pozwalam! Zdrada!!!! Zdrada!!!!!
 
Król z natury ugodowy,
chcąc zakończyć gości spory,
stuknął berłem o podłogę.
Z berła nagle trysnął ogień.
Piorun jakiś? Błyskawica?
Strach się odbił we źrenicach
senatorów, posłów, świadków.
 
- Dosyć mam już waszych swarów,
  pustych haseł, wykrzykiwań!
  To ma być Rzeczpospolita?!
  Wołać, ale już,  strażnika!
Król wstał z tronu i w głos krzyczał.
 
Nagle stała się rzecz straszna.
Zaniemówił król i zasłabł.
Padł na wznak jak kloc dębowy,
aż korona spadła z głowy.
Coś się stało z lewą nogą,
ruszyć  także nie mógł głową.
Jeszcze myślał się ratować.
Berłem wesprzeć się próbował.
Lecz sił zbrakło i król  upadł.
- No i mamy...  – rzekł ktoś  – trupa.
- Jezu Chryste, Matko Święta... –
z tłumu cichy głos wyszeptał.
- Po doktora!!! Po doktora!!! –
jakiś poseł głośno wołał.
- Nie doktora, ale księdza!
- Żonę wołać! Gdzie Helena?
- Balickiego... – ktoś doradzał.
Narastały  zgiełk i wrzawa.
Aż się wielkie drzwi otwarły...
Wszedł na salę kanclerz Łaski
i skierował wzrok na króla.
Co się stało w lot  zrozumiał
i nie tracąc ani chwili,
szybko się nad królem schylił.
Chyba o czymś rozmawiali...
- Żyje – orzekł. Wyszedł z sali.
Wszyscy z ulgą odetchnęli.
I do stołów znów zasiedli.
Ucichł zgiełk. Umilkły wrzaski.
 
Wkrótce wrócił kanclerz Łaski.
Trzymał wielkie księgi w dłoniach.
Z Łaskim przyszedł Maciej z Błonia -
medyk i kanonik z Gniezna.
Maciej najpierw się przeżegnał.
Ucałował święty szkaplerz,
po cichutko zmówił pacierz
i nad królem się pochylił.
Dotknął czoła. W jednej chwili
zapachniało kwiatem róży,
jakby ktoś olejku użył.
Znów się głos odezwał cicho:
- Król oleje święte przyjął.
I nastała długa cisza.
Król już ledwo co oddychał.
Szeptał tylko – Łaski... Łaski...
Zbiegły się miejscowe płaczki.
Przyszedł ksiądz i przyszedł lekarz,
znachor, zielarz i aptekarz.
Popatrzyli, podumali
i głowami pokiwali...
Po czym wyszli. Było cicho.
Nikt nie kaszlał.  Nikt nie kichał.
Nawet zegar ścienny milczał,
jakby czas się w nim  zatrzymał.
Ktoś przyglądał się koronie.
Powolutku podszedł do niej.
Po czym wziął ją w obie dłonie
i na pustym złożył tronie.
Króla w noszach ułożono
i cichutko wyniesiono.
Nikt się nie odezwał słowem...
 
Oknem wleciał paź królowej.
Zasiadł niczym król na tronie,
jak król lekko głowę skłonił
i powoli złożył skrzydła.
Chwila była to niezwykła -
taka, co się w bajkach zdarza -
motyl się zamienił w pazia.
Ale ...  wiara czyni cuda.
Oni w nim dojrzeli króla.
Zamiast berła paź miał różę.
Liść w zieleni, kwiat w purpurze,
czarodziejski wonny zapach -
najpiękniejsza  róża świata.
- Król powrócił ??? – ktoś zagadnął.
Wszystkim nagle dech zaparło.
Paź wciąż siedział nieruchomo.
Nieruchomo patrzył w okno,
tuląc do swej piersi różę.
Jednak nie chciał zwlekać dłużej.
Z tronu wstał i wziął koronę:
- Jeszcze nic nie jest stracone.
Senatorzy i posłowie
popatrzyli się po sobie.
- Wiwat król! – ktoś krzyknął z sali.
- Wiwat!! - pociągnięto toast dalej.
- Wiwat!!! Wiwat!!! - pozostali
głośno się przekrzykiwali.
Ktoś wysoko podniósł puchar:
- Na cześć króla: Hura!!! Hura!!!...
Gdy puchary napełniono,
gdy toasty już spełniono,
gdy już wszyscy posiadali
i gdy ucichł zgiełk na sali,
paź pochylił nisko głowę,
i nałożył nań koronę.
Po czym wszystkim znów się skłonił,
usadowił się na tronie.
Krzyknął paź do odźwiernego:
- Łaski! Wołać mi Łaskiego!!! –
Kanclerz Łaski (Jan z imienia)
zaniemówił ze zdziwienia
widząc „króla” w innym stanie.
- Króla nie poznajesz, Janie? -
paź zagadał do kanclerza.
Wtedy Łaski się odezwał:
- Słucham Jego Wysokości.
- Skup się, Janie. Czas mnie goni.
   Zaraz przyjdą tu grabarze.
   Biegiem przynoś kałamarze,
   no i inkaust, czyste suszki,
   gęsie pióra i stalówki...
Chwilę paź się zastanowił.
- Konstytucję „Nihil Novi”,
   przywileje i statuty...
   I  „Bogurodzicy” nuty –
dopowiedział paź po chwili.
Łaski słuchał. Wciąż  się dziwił.
Takim króla nie pamiętał.
Ale... wola króla święta.
Kanclerz w okamgnieniu  wrócił.
Paź „Bogurodzicę” nucił:
- ... Daj na świecie zbożny pobyt,
  po żywocie rajski przebyt ...
Lecz gdy kanclerz wszedł, paź przerwał.
 
Stół już stał. I stały krzesła.
Ustawiono tron królewski.
Zaświecono wszystkie świeczki,
kandelabry i kinkiety.
Rozłożono dokumenty.
Przy nich pióra i stalówki,
no i  inkaust, czyste suszki.
Napełniono kałamarze.
- Czytaj Janie!
- Jak król każe.
Statut był pergaminowy
z sznurem żółto-fioletowym,
z mocną, woskową, pieczęcią
przybitą królewską ręką.
Łaski Statut wziął do ręki.
Pilnie przyjrzał się pieczęci
(szerokości musztardówki)
i ją złamał na połówki.
Wnet pergamin się rozwinął.
Tekst pisany był łaciną.
Wers po wersie - równiuteńko.
Doświadczoną, pewną ręką.

...Odtąd na potomne czasy –
czytał głośno kanclerz Łaski,
jakby śpiewał barytonem –
  nic nowego stanowionym
  o nas i bez nas być nie ma  
  bez wspólnego zezwolenia ...
                           ...    Skończył.
 
Pierwszy paź swój podpis złożył.
Po nim podpis złożył Łaski,
potem Jakub - króla skarbnik,
arcybiskup i biskupi.
Pod słowami konstytucji
każdy jeden wojewoda
podpisywał się bez słowa.
Każdy poseł w kolejności.
Nawet zaproszeni goście.
Historycy i pisarze.
Zaś na końcu sekretarze.
 
Zakręcono kałamarze.
W drzwiach czekali już grabarze.
Paź jak gdyby wiedział o nich.
Z tronu wstał i w pas się skłonił.
Zdjął koronę... Rozpiął skrzydła...
(Chwila była to niezwykła.
Tylko w baśniach ją spotykasz).
Paź zamienił się w motyla.
Na króciutko siadł na tronie
i cichutko zniknął w oknie.
Nie wie nikt, co z nim się stało.
 
Króla wkrótce pochowano.
Na grób ktoś położył różę.
Liść w zieleni, kwiat w purpurze,
czarodziejski wonny zapach -
najpiękniejszą różę świata.

 

Czytaj dalej

Baśń o róży

basnorozy/roza2.jpg

W baśni tej, pozwólcie dzieci,
że wpierw wspomnę o Cerekwi,
podradomskiej wiosce. Starej.
Już za Jagiellonów znanej.
 
W wiosce tej, przy samych stawach,
Włodarczyków kuźnia stała.
Stała tam od pra … pradziada.
Teść mi o niej opowiadał,
że słynęła w okolicy
z końskich podków i rozlicznych
okuć, krat, obręczy, zamków,
klamek, kluczy, gwoździ, haków …
Na kościele, niczym strażnik,
do dziś stoi krzyż żelazny,
też wykuty w tamtej kuźni …
 
Krąży także baśń wśród ludzi,
że lat temu sto, lub później
w kuźni tej wykuto różę.
Najpiękniejszą z róż na świecie.
O niej właśnie się dowiecie.
 
Pewien młody legionista,
idąc raz przez wrzosowiska,
dostrzegł z dala młodą pannę.
Myślał podejść kroków parę,
by się móc jej przyjrzeć z bliska.
Lecz mu panna z oczu znikła.
Wzrokiem szukał. Wypatrywał.
Czy nie idzie, nadsłuchiwał …
Aż zobaczył ją. Na chwilę,
panna, lekko jak motylek,
siadła na dywanie z wrzosów.
I urzekła go. Był gotów
nawet złamać Przyrzeczenie,
by się tylko z nią ożenić.
Świat mu zawirował w głowie.
„Ta lub żadna” – przyrzekł sobie.
Postanowił ją zagadnąć.
– Hej, panienko, goście jadą!
Panna słysząc, że ktoś woła,
rozejrzała się dokoła
i z naręczem pełnym wrzosów,
całkiem znikła z jego oczu.
Zaczął szukać swej wybranki …
Nawet wróżył u Cyganki.
– Dasz pięć groszy, to ci powiem,
  gdzie masz żony szukać sobie.
– Chcesz pięć groszy?! Aż pięć groszy?!
Szeroko otworzył oczy,
uszom własnym nie dowierzał:
– Tyle to ja nawet nie mam!
Naindorzył się, sczerwieniał,
szukał, grzebał po kieszeniach,
aż wyciągnął z nich dwa grosze.
– Mam dwa grosze. Powiedz, proszę,
  w którą choć mam ruszyć stronę,
  by odnaleźć swoją żonę?
– Idź przed siebie. Nie zawracaj.
  Panna jest na końcu świata –
wywróżyła mu Cyganka.
– to dopiero niespodzianka!
(Wczoraj widział ją we wrzosach.
Już na koniec świata doszła)?
Zadrwił z wróżby legionista:
– Ależ mi Cyganka zmyśla.
Ta się tylko uśmiechnęła.
Nim obejrzał się – zniknęła.
„To złodziejka. To oszustka.
Ależ ze mnie głowa pusta”.
Rozejrzawszy się wokoło
puknął się trzy razy w czoło
i wyruszył wprost przed siebie …
Szedł o wodzie i o chlebie.
Jak pies szukający pana
krążył do białego rana.
Utrudzony, umęczony,
śpiący, głodny i spragniony,
niemal odczuł „koniec świata”.
O „nim” mówiła Cyganka?
Szybko wyjął z torby bukłak
i do pierwszych drzwi zapukał.
W drzwiach zobaczył legionista
piękną pannę z wrzosowiska.
Krucze włosy, jak aksamit
ozdobione różyczkami
zasłaniały jej ramiona.
Stała przed nim jak madonna.
Jak nad świętościami świętość.
Legionista ukląkł przed nią.
Szybko schował w torbę bukłak
i wyszeptał: – Moja luba,
jesteś moim przeznaczeniem.
Spełnię każde twe życzenie,
tylko zostań moją żoną.
Panna, niby ucieszona
i w rozmowie bardzo miła,
gościa prawie odprawiła…
Ale serce, że nie sługa,
wykręciło jej psikusa
i do duszy przemówiło:
– Nie odtrącaj go.. To miłość ..
  Zobacz jaki on uroczy ..
Panna patrząc w jego oczy:
– Miły panie, nie odmawiam.
  Ale sprawę jasno stawiam.
  Jeśli mi przyniesiesz różę,
  (czekam tydzień, lecz nie dłużej)
  której nie mam w swym ogrodzie,
  to za ciebie wyjść się zgodzę.
Cóż miał robić legionista.
Na jej propozycję przystał …
Spojrzał w jej chabrowe oczy,
na jej kruczo – czarne włosy,
na różyczki w nie wplecione
(białe, żółte i czerwone)
i wyruszył szukać swojej ..
Pierwszą przyniósł przed wieczorem,
pospolitą różę dziką.
Rano przyniósł różę siną.
Już w południe jabłkowatą.
Przed kolacją był z herbatnią.
Dwa dni znosił pomarszczone:
karminowe i czerwone.
Potem szkockie i francuskie.
Także róże damasceńskie,
azjatyckie i bengalskie …
Nawet były róże chińskie.
Wszystkie miała w swym ogrodzie!
Więc gdy siódmy dzień nadchodził,
znów zobaczył „koniec świata”.
Zamknął oczy, by nie płakać …
I zobaczył w nich kowala.
Znali się od bardzo dawna.
Miał odwagę go poprosić:
– Potrzebuję twej pomocy.
  Wykuj mi czerwoną różę.
  Jutro rano mieć ją muszę.
  Ma wyglądać tak, jak żywa.
– Znasz kowala Włodarczyka,
  co ma kuźnię przy jeziorze?
  Tylko on ją wykuć może.
 
Był już wieczór, może później.
Kowal jeszcze był w swej kuźni.
Jeszcze ognia nie wygasił …
Rano róża w pełnej prasie,
czekała w szklanym wazonie.
Legionista podszedł do niej.
Świeża była jak poranek.
Jeszcze rosa była na niej.
Ciemnopurpurowe płatki,
mięciusieńkie jak aksamit,
uśmiechały się szczęśliwe.
Drżały niespokojnie liście,
by się nic nie stało złego.
Legionista po nią sięgnął …
Wtedy róża przemówiła:
– Wróżba wreszcie się spełniła.
Panna już w ogrodzie czeka …
Idźmy, bo droga daleka …
 
Dziś już nie ma tamtej kuźni.
Nie ma także pięknej róży.
A jedynie baśń przetrwała.
którą wam opowiedziałam.
 
 

Czytaj dalej